Recenzje

"Sallinger", Roman Pawłowski
Gazeta Wyborcza - Stołeczna nr 118, 23-05-2005

«Najpierw były intrygujące czerwone plakaty z czarnym wizerunkiem kości piszczelowej. Wisiały na każdym słupie od praskiej katedry św. Floriana do placu Zamkowego i kojarzyły się ze wszystkim, tylko nie z teatrem. Wystawa prehistorycznych szkieletów? Przegląd filmów o epoce kamiennej? Zdjęcia z ekshumacji zbiorowych mogił? Dopiero z bliska okazało się, że chodzi o nowe przedstawienie w Fabryce Trzciny. Na premierę, przesuniętą z powodu żałoby narodowej i zamknięcia teatrów, nie zdążyłem, później jak zwykle nie było czasu i kiedy w końcu wybrałem się na "Sallingera" [na zdjęciu], przedstawienie schodziło z afisza. A szkoda, bo miałbym okazję wysłać państwa na pierwszy artystyczny spektakl w tym bulwarowym teatrze.

Nazwisko młodego reżysera Michała Sieczkowskiego nie mówi mi nic, podobnie jak nazwa organizacji Arteria - Przestrzeń Wymiany Działań, która jest współproducentem spektaklu. Po obejrzeniu przedstawienia mogę tylko powiedzieć, że są to ludzie piekielnie odważni i uparci. W warunkach teatru offowego zrealizowali spektakl, którego nie powstydziłby się żaden z teatrów publicznych wyposażonych w wielomilionowe dotacje. Zamiast trzepnąć jeszcze jedną farsę, młoda ekipa (w której znaleźli się także Agata Buzek, Anna Gajewska i Kacper Kuszewski) wystawiła nieznany w Polsce dramat Bernarda Marii Koltesa "Sallinger".

Koltes do tej pory tylko dwa razy przebił się na warszawskie sceny - "Powrót na pustynię" wystawiła w Powszechnym Anna Augustynowicz, a "Zachodnie wybrzeże" przed laty zrealizował w Studio Krzysztof Warlikowski. Ci, którzy byli na tych przedstawieniach, wiedzą, z jak trudną materią trzeba się mierzyć. Sztuki oparte na potężnych monologach, pisane gęstym językiem metafor, ale zarazem głęboko zanurzone w okrucieństwach współczesności, nawet doświadczonym reżyserom stawiają opór, cóż dopiero debiutantowi. Sieczkowski poradził sobie zaskakująco dobrze z poetycką wariacją na temat opowiadań Jerome Salingera. Z francuską scenografką Magali Murbach stworzył na scenie wyrazistą wizję Ameryki, która przywodzi na myśl dawne filmy Elii Kazana, jednego z ulubionych reżyserów Koltesa. Z jednej strony atmosfera Nowego Jorku, jazz ze starego radia, kiecki z lat 50., whisky i piwo, z drugiej - okafelkowane prosektorium, w którym leży ciało samobójcy Rudzielca. Chłopak (Paweł Prokopczuk) wysiadł z pociągu do kariery, odrzucił wartości, którym żyje liberalne społeczeństwo, zmuszając bliskich do poszukiwania odpowiedzi na pytanie o przyczyny buntu. Świetna przestrzeń i opresyjne, napięte aktorstwo, zwłaszcza Agaty Buzek w roli Carole, dziewczyny Rudzielca, budują opowieść o pokoleniu buntowników, które szuka wartości w chaotycznym i poranionym świecie. Ich ewangelią jest "Buszujący w zbożu" - powieść Sallingera, po przeczytaniu której wielu młodych po obu stronach oceanu rzuciło dom i wygodne życie. Młodych artystów, których aspiracje nie kończą się na telenowelach, wsparli Ewa Dałkowska i Lech Łotocki w znakomitych epizodach rodziców Rudzielca. A że spektakl ciągnie się ponad trzy godziny? Że chwilami monologi zamieniają się w słowotok? Że trzeba myśleć? Idźcie do Komedii, tam wymagają od widzów tylko śmiechu.»

> powrót
design: Studio Bakalie wykonanie: jakubarteria.art.pl banery i animacje - OSTY studio(2005) ©2005-07 Arteria